26/10/2017
Przypadki Marzenki cz.IV
Powinnam robić zdjęcia. Koniecznie. Zdjęcia tych wszystkich bałaganów, które sprzątam. Można by z tych zdjęć zrobić niezły wernisaż. Pewnie niezbyt wartościowy artystycznie, ale z pewnością zajmujący. Przynajmniej na chwilę.
Nie jestem oryginalna w moim pomyśle wystawy fotografii bałaganu, gdyż kilka miesięcy wstecz w moim mieście jeden bardziej lub mniej znany artysta skonstruował ze śmieci ogromną śmieciową instalację.
Pozwolił ją zwiedzać za darmo przypadkowym przechodniom, ponieważ droga do przystanku, na który się kierowali, przebiegała wzdłuż tego jego dzieła sztuki. Nie wiem, czy facet zrobił sobie z ludzi żart i obserwuje, ich z ukrycia śmiejąc się do rozpuku, jak rozwodzą się nad jego wielką sztuką, czy rzeczywiście jest to dla niego coś ważnego.
Powinnam pójść w jego ślady i fotografować bajzel. Instalacja z mopów, instalacja z wiader, wózków itp. Oczywiście z mojej strony to tylko żart. Nie mam zamiaru. Nie jestem człowiekiem sztuki, jestem sprzątaczką.
Koniec końcem pożałowałam w rozmowie z koleżanką, że nie udokumentowałam na zdjęciach bałaganu, jaki powstał w firmie po imprezie integracyjnej. Impreza trwała kilka dni z rzędu, a ja zostałam przydzielona do stania na straży porządku. Stałam więc zawsze nieopodal bałaganu, by rzucić się w odpowiednim momencie na brud. Te ilości śmieci, brudnych naczyń, rzeczy do mycia i segregacji zdawały się momentami nie mieć ograniczeń w czasoprzestrzeni, ani tym bardziej jakiegokolwiek końca. Nieskończoność kosmosu wydawała się skończoną, w porównaniu z nieskończonością pracy, jaką wykonałam, tropiąc wszędobylski bród i smród. Śmieciory wylewały się drzwiami i oknami kolorową rzeką za ludźmi na podwórze, na ulicę ...
Tworzyły obraz nie do opisania. Nie do ogarnięcia wzrokiem.
A ja, niczym mitologiczna bogini porządku już nie chodziłam za wózkiem do sprzątania, ale biegałam sprintem z pomieszczenia do pomieszczenia, myjąc, myjąc i mordując bród, który stał niczym dzika bestia w każdym zakamarku budynku, puszczając do mnie od czasu do czasu zadziorne „oczko”, by w końcu rzucić się, próbując pozbawić mnie resztek sił.
W ferworze walki z bestią najbardziej dobijali mnie wysztafirowani (przesadnie elegancko ubrani ,-red.) ludziska akurat wówczas, gdy nie wiedziałam gdzie dosłownie wsadzić moje ręce. Wzywali mnie telefonicznie, bym akurat teraz, zaraz wyczyściła im, na przykład plastikowy kontakt w ilości jednej sztuki na ścianie. I to zadanie nie mogło poczekać. Bo sam szef szefów nie mógł spokojnie imprezować w momencie, gdy złośliwy kontakt gapił się na niego ze ściany brudnymi ślepkami z krzywym uśmiechem na plastikowej gębie.
Wycierałam więc do czysta osaczające szefa zewsząd drapieżne przedmioty i modliłam się, by mnie cierpliwość nie opuściła oraz nie trafił zbyt wcześnie szlag, gdyż moja kariera sprzątaczki zakończyła, by się niechybnie w momencie głośnego walnięcia drzwiami po mojej nagłej ucieczce ze stanowiska.
Wiele razy dostawałam i dostaję takie dodatkowe, irracjonalne dla mnie zadania.
W nieodpowiednim dla mnie momencie. Takie ekstra gratisy, podczas mojego dnia pracy. Nazywam je nagrodami za złe zachowanie. Jak komuś coś nie wychodzi w jego własnej pracy, to na kim może się wyładować emocjonalnie w pierwszym rzędzie? Ano na sprzątaczce, bo jest pod ręką.
Takie paranoiczne zadania, jak doczyszczanie drapieżnych kontaktów, gdy mam do posprzątania ogromną ilość pomieszczeń z ogromną ilością ludzi w minutę. Ponowne szorowanie podłogi, bo nagle płyn śmierdzi, dolewanie wody do kratki kanalizacyjnej, bo akurat teraz zalatuje z kanału itp. Cóż… Moja satysfakcja jest taka, że doskonale wiem, że prywatnie ci ludzie mają bałagan, a ja? Ja mam porządek i spokój. Nie tylko w moim mieszkaniu, ale i w głowie. Jestem złośliwa? Owszem. Jestem tylko człowiekiem.