Pogromcy Szkodników

Pogromcy Szkodników Czym się zajmujemy?
- Deratyzacją
- Dezynsekcją
- Dezynfekcją
- Stosowaniem środków ochrony roślin

Masz problem ze szkodnikami? Masz problem ze szkodnikami?

Zadzwoń/Napisz na pewno znajdziemy rozwiązanie! Zajmujemy się deratyzacją, dezynsekcją, dezynfekcją oraz opryskami ogrodowymi. Zadzwoń / Napisz na pewno znajdziemy rozwiązanie!

19/03/2026

. . . . . .
. . .


taktyczne odchody szczurów dla zasięgów.



Howgh

03/03/2026

Puk puk… kto tam?

To Wasi mega aktywni w ostatni czasie social media pestinfluenserzy.

Wrzucamy małe przypomnienie, zanim Sanepid czy Straż Miejska Miasta Poznania zacznie rozdawać „prezenty”:
Obowiązkowa wiosenna deratyzacja w Poznaniu
Start: 1 kwietnia 2026
Koniec: 30 kwietnia 2026

Kto musi to zrobić?
• zarządcy bloków wielorodzinnych
• właściciele domów jednorodzinnych (jeśli gmina wymaga)
• firmy, knajpy, sklepy, magazyny, altanki ROD

Co konkretnie?
Wyłożyć trutki w bezpiecznych stacjach deratyzacyjnych (takich zamkniętych pojemnikach), żeby nie zjadły ich dzieci, psy, koty, jeże ani ptaki.

posprzątać śmietniki, usunąć resztki jedzenia, zabezpieczyć dziury i przejścia.

Dlaczego bezpiecznie?
Bo mandaty to jedno (od kilkuset do kilku tysięcy złotych), ale zatruty kot sąsiada albo martwy jeż w ogrodzie to już inna liga dramatu.

Nie trzeba czekać na ostatnią chwilę lepiej zrobić to spokojnie w marcu/na początku kwietnia.

Mieszkańcy powinni wiedzieć z wyprzedzeniem żeby nie dokarmiali ptaków w piwnicy, nie wpuszczali dzieci do śmietnika i nie wynosili stacji z trutką „bo ładnie wygląda”.

Najbliższa akcja rusza za niecały miesiąc marzec to idealny moment na ogłoszenie na klatkach, w grupach osiedlowych czy windach.

psst Miasto Poznań Portal Poznan.pl Rada Miasta Poznania Jacek Jaśkowiak to odpowiedni moment aby puścić parę(buch buch) informacyjną.

Howgh

PiąMemtek!
06/02/2026

PiąMemtek!

Uszanowanko Z czym mamy dzisiaj do czynienia? Prośba o identyfikację w komciach poniżej. Tylko złe odpowiedzi
05/02/2026

Uszanowanko

Z czym mamy dzisiaj do czynienia? Prośba o identyfikację w komciach poniżej.

Tylko złe odpowiedzi

Dzisiaj retro "screenshotowa środa" Jeszcze w czasach kiedy do nas niektórzy influencerzy pisali.
04/02/2026

Dzisiaj retro "screenshotowa środa"

Jeszcze w czasach kiedy do nas niektórzy influencerzy pisali.

Z pamiętniczka technika DDDGodz. 14:20. Blok z lat 60. czyli budownictwo, które pamięta Gomułkę, pierwsze telewizory i n...
03/02/2026

Z pamiętniczka technika DDD

Godz. 14:20. Blok z lat 60. czyli budownictwo, które pamięta Gomułkę, pierwsze telewizory i narodziny większości lokalnych kolonii prusaków.

Pani lat 82, drobna, sweterek w kotki, na stole herbata taka retro w koszyczku (podstakannik). Wchodzę, a ona od razu pokazuje kuchnię z miną „patrz pan, co ja tu mam”.

Pod zlewem majestatyczna autostrada prusaków. Rude, małe, ale za to z ego wielkości tira. Biegają, jakby ktoś im narysował pas startowy markerem.

Jeden niesie nawet okruch chleba wielkości własnej głowy pewnie myśli, że to jego osobista zdobycz wojenna. Drugi już stoi na skrzyżowaniu i planuje ekspansję na szafkę z cukrem widać po antenach, że to korporacyjny strateg.

Za lodówką druga linia produkcyjna, jeszcze bardziej ruchliwa.
Tam już nie ma miejsca na pojedyncze sztuki tam jest korkowisko, jakby autostradę zamknięto na remont i wszystkie prusaki postanowiły ominąć objazdem.

W szufladach VIP lounge. Siedzą na widelcach, na łyżkach, jeden nawet wlazł do pudełka z herbatą i pewnie pije earl grey z mlekiem, bo czemu nie.

I to wszystko dzieje się w biały dzień, przy otwartym oknie, przy pełnym świetle.

One się w ogóle nie boją.

Nie uciekają, nie chowają się błyskawicznie pod listwami, nie udają martwych. Po prostu chodzą, jakby to był ich legalny adres zameldowania.

Gdy wchodzę i włączam światło czołówki to nawet nie drgną.
To nie jest populacja.
To jest już cywilizacja

Sto? Dwieście? Trudno policzyć, ale jak one paradują w środku dnia bez cienia paniki to znak, że kolonia jest tak duża, że przestały się przejmować człowiekiem

Pani patrzy i mówi cicho:
„One tu już rządzą…”
Ja:
„Tak, proszę pani. To nie prusaki. To już korporacja, która właśnie otworzyła oddział w pani kuchni. Czynsz płacą okruchami, a dywidendy Pani nerwami.”

Robię standard: żel we wszystkich szparach w mieszkaniu, pułapki lepowe. Dużo pułapek lepowych. Pełen monitoring niczym NASA

W pewnym momencie jej wzrok ląduje na moim tatuażu: maska gazowa, zielone szkła, biohazard, post-apo klimat, lekki krwawy zaciek. Krótko mówiąc nie wzór w kwiatki.

Zaciska usta i pyta nieśmiało:
- „Panie… ten tatuaż… pan siedział?”

Ja, bez mrugnięcia okiem:
- „Tak, proszę pani.”

Pani robi oczy jak pięciozłotówki.
Kubek z herbatą zaczyna delikatnie drżeć.
- „A… za co, jeśli można?”

Ja, tonem jak lektor w programie kryminalnym ( style):
- „Za morderstwo. Klient nie chciał zapłacić za wykonaną usługę.”

Cisza.

Taka cisza, że chyba nawet prusaki przestały biegać.
Patrzy na mnie dobre kilka sekund jak na bohatera „997”. Już widzę oczami wyobraźni, jak szuka telefonu i numeru na policję.
W końcu pyta szeptem:
- „…i co pan z nim zrobił?”

Tu już nie wytrzymuję:
- „Żartowałem, proszę pani! Tatuaż mam dla klimatu. W tej robocie czasem czuję się jak w strefie skażonej, więc pasuje tematycznie. W życiu nie siedziałem ani dnia. Najbliżej więzienia byłem, jak raz zapomniałem zapłacić mandat za parkowanie.”

Pani wybucha śmiechem:
- „Oj, panie… pan to umie nastraszyć! Ale ładnie panu ten tatuaż wygląda. A te prusaki… one też nie płacą czynszu, a mieszkają tu od miesięcy!”

Od tej chwili atmosfera jak u cioci na imieninach.

Pani wspomina czasy, gdy po wojnie prusaki były jak domownicy, ludzie spali z naftą pod łóżkiem, a ja tłumaczę, że teraz wracają głównie przez sąsiadów, stare piony i blokowe safari.

Robota skończona, kuchnia i mieszkanie zabezpieczone
Na pożegnanie Pani wciska mi słoik ogórków małosolnych:
- „Za fatygę… i za to, że mnie pan tak rozbawił.”

Wychodzę, wsiadam do auta i myślę:

Czasem zwykła rozmowa i odrobina humoru robią więcej niż najbardziej fachowe tłumaczenia.

Howgh

Siemanko kolanko! Mamy poniedziałek a więc ląduje tutaj cotygodniowa opisówka tygodnia  Dziś wbija pchła.Czyli stworzeni...
02/02/2026

Siemanko kolanko!

Mamy poniedziałek a więc ląduje tutaj cotygodniowa opisówka tygodnia

Dziś wbija pchła.

Czyli stworzenie, które wygląda jak paproch, a zachowuje się jakby było właścicielem Twojego mieszkania.

Na zdjęciu niby kropka.
W rzeczywistości: pasożyt, który od tysięcy lat żyje z cudzej krwi i ani przez sekundę nie miał wyrzutów sumienia a napierdziela jak sportowiec na magicznej bombie(dopalacz)

Gatunków pcheł jest prawie 200, ale w domach rządzą dwie influencerki tej branży:
pchła kocia i pchła psia. Reszta to niszowe podcasty, których nikt nie słucha i nie ogląda.

1 - 8 mm czystej bezczelności.
Kolor: brudna kawa z mlekiem, która stała za długo na biurku i już nikt się do niej nie przyznaje.

Ciało bocznie spłaszczone jakby ktoś ją własnie przejechał żelazkiem ale takim retro z duszą.

Błyszcząca. Twarda. Sprężysta.
Taka, że jak ją zgniatasz paznokciem, to masz wrażenie, że ona zgniata paznokieć.

Skrzydeł brak. Bo po co latać jak frajer, skoro można wystrzelić się z miejsca jak pocisk.

Skoki?
Do 50 cm w górę i 30 cm w bok.
Dla porównania: gdyby człowiek miał takie proporcje, przeskakiwałby bloki i lądował na cudzym balkonie bez zaproszenia.

Aparat gębowy?
Kłująco-ssący.
Zero gadania. Wbicie, sashagreyowanie krwi, zniknięcie.

Ty się drapiesz, ona już składa CV do kolejnej ofiary.

Dorosłe pchły żyją na zwierzakach. Jedzą, gryzą i rozmnażają się jakby jutra miało nie być.
Nie schodzą z żywiciela no chyba, że:
- żywiciel zaczyna stygnąć (patrz. złapał gameovera) i zrobiło się zimno,
- trafiły na „nie ten gatunek”,
- albo zrobiło się tak ciasno, że trzeba zrobić exodus (patrz. przymusowa migracja)

I wtedy zaczyna się operacja ps. konfetii:
Jaja nie są przyklejane.
Nie są chowane.
One lecą w dół.
Na legowisko.
Na dywan.
Na kanapę.
W szczeliny.

Jak konfetti ale nie takie weselne. Raczej takie policyjne, sypane hurtowo ze śmigłowca dla pewnego byłego wiceministra sprawiedliwości : wszędzie, gęsto i nikt nie sprząta.

Ten kokon to taka mała kapsuła zła odporna na chemię, temperaturę i Twoje dobre chęci.

Może leżeć miesiącami albo latami i czekać.

Co moze uruchomić kokon zła?
- wibracje (chodzisz),
- dwutlenek węgla (oddychasz),
- ciepło (żyjesz).

Czyli generalnie: Twoje istnienie.

Z jaj wylęgają się larwy. Małe, ślepe, obrzydliwe. Światła nienawidzą, więc siedzą tam, gdzie Ty nigdy nie zaglądasz.

Żywią się… odchodami dorosłych pcheł czyli strawioną krwią.

Yup... to jest ten moment, w którym ktoś mówi „dobra, zamykam internet”.

Gdzie ich szukać?
Wszędzie tam, gdzie zwierzak leży i gdzie „przecież jest czysto”:
legowiska, dywany, kanapy, listwy, szczeliny.

Czy są groźne?
Dla zwierząt bardzo. Świąd, rany, alergie, anemia, pasożyty.
Dla ludzi również ale bardziej wkurzająco niż dramatycznie. Coś zaczyna swędzieć. Bardzo. I zawsze w miejscu, którego nie da się drapać publicznie choć tutaj nie można zapomnieć o faktach historycznych , że to one były głównym wektorem bakterii Yersinia pestis wywołującej dżumę.

Chcecie jeszcze więcej ciekawostek historycznych?
W latach 40. XX wieku w Chinach pchły zostały użyte przez Japończyków jako broń biologiczna. Rozpylano je celowo, zakażone dżumą, wśród ludności cywilnej.

Efekt? Lokalne epidemie, realne zgony, zero teorii spiskowych.
Yup ten sam owad, który dziś siedzi w Twoim dywanie, był kiedyś elementem działań wojennych. Mały, skaczący, ale ambicje zawsze miał globalne.

Jak z tym walczyć?
Nie magicznie. Nie „na skróty”. I na pewno nie jednym psiknięciem z marketu.
Po pierwsze: weterynarz.

Bo jeśli zwierzak dalej chodzi jako żywy bufet, to możesz sprzątać do świąt i nic to nie da.
Krople, tabletki, obroże dobrane pod wagę i gatunek, a nie „bo koleżanka polecała”.
Po drugie: preparaty środowiskowe.
Nie tylko legowisko.
Nie tylko dywan „na oko”.
Cała strefa bytowania: kanapy, szczeliny, listwy, miejsca gdzie sierść zbiera się sama, nawet jak „odkurzane było wczoraj”.

Po trzecie: odkurzanie.
I to nie takie „przelecę po środku pokoju”.
Tylko jak przed wizytą teściowej, kontrolą sanepidu i pokazem mieszkania w jednym. Worki od razu do śmieci, najlepiej poza dom. Bo inaczej wyhodujesz pchły w wersji recyklingowej.

Pchły mają wyjebongo na ocet, na olejki, na „babcia mówiła”, na „u mnie pomogło po jednym razie”.
One sobie po prostu czekają.
Aż przestaniesz być czujny.

Czasem i pomoc pest controlowych wiedźmaków jest niezbędna

Howgh

Widział nas Adam na Piątkowie. Przesłał zdjęcie i sprawa się rypła. Dzięki
01/02/2026

Widział nas Adam na Piątkowie. Przesłał zdjęcie i sprawa się rypła.

Dzięki

Sobotni ekwipunek Pogromcy!Dzisiaj na tapet bierzemy zamgławiacze ULV, czyli mały przegląd zimnej mgły, bez której dobre...
31/01/2026

Sobotni ekwipunek Pogromcy!

Dzisiaj na tapet bierzemy zamgławiacze ULV, czyli mały przegląd zimnej mgły, bez której dobre DDD właściwie nie istnieje.
Na początku nie było ULV, nie było mikronów i nie było filozofii.

Było DDT i dym. Najlepiej dużo. Tym więcej tym lepiej ziom!

Pierwsze dymownice stosowało wojsko.
Ciężarówki z generatorami niczym family frosty z lodami (brakowało tylko tej charakterystycznej melodyjki) śmigały między ludźmi i rozpylały DDT jak zapach na komary. Bez masek, bez ewakuacji, bez pytań. Skoro zabija owady, to na pewno jest „bezpieczne”. Logika tamtych czasów była prosta i bardzo pewna siebie.

Potem ten sam pomysł trafił do cywila.
Paliwo, wysoka temperatura, chmura taka, że pół osiedla było przekonane, że coś się pali. Im więcej dymu, tym bardziej „profesjonalnie”. Czy to miało sens? Nieważne. Ważne, że widać. Profeska na pełnej

I właśnie wtedy pojawiło się pojęcie „zimnej mgły”.
Nie dlatego, że ktoś chciał brzmieć mądrze, tylko z bardzo przyziemnego powodu: nic się nie grzeje. W dymownicach termicznych ciecz była spalana albo podgrzewana do kilkuset stopni. W ULV nie ma ognia, nie ma temperatury, nie ma dymu. Jest powietrze i mechaniczne rozbijanie cieczy na mikroskopijne krople.

Dla zwykłych śmiertelników była to „mgła, ale nie gorąca”.
Dla branży: brak spalania, brak degradacji środka i dużo większa kontrola.
Dla marketingu: „zimna mgła” brzmi znacznie lepiej niż „rozpylona ciecz”. Hurr durr sprzedajemy to najlepiej jak najdrożej

Tak narodziła się nazwa, która została do dziś.

W latach 70. i 80. ULV zaczęło wypierać dymownice.
Sprzęt był ciężki, głośny i toporny, ale po raz pierwszy dało się ustawić, jaką mgłę się robi, a nie tylko „ile jej będzie”.

Lata 90. i początek 2000 to był czas tanich elektryków.
Mgłę robiły wszystkie. Jedne tydzień, inne miesiąc. Ważne było, że „coś leci”. Zapach palonej izolacji był gratis. Sprzęt mega awaryjny

Po 2010 roku sprzęt w końcu dorósł.
Regulacja mikronów, sensowny zasięg, silniki, które wytrzymują więcej niż kilka zabiegów. ULV przestało być gadżetem, a zaczęło być normalnym narzędziem pracy.

A potem przyszła pandemia.
I nagle ULV chciał każdy. Dezynfekcja wszystkiego, wszędzie, natychmiast. Sprzętu brakowało, więc produkowano go na szybko. Ceny tych sprzętów strzeliły w pytkę do góry. Działał krótko, psuł się szybko, serwisy miały pełne ręce roboty, a stare maszyny wróciły do łask. Historia lubi się powtarzać.

Jak działa ULV w praktyce?
Silnik rozbija ciecz na mikrony. Jeden mikron to jedna tysięczna milimetra, ale różnica kilku mikronów decyduje, czy mgła wisi w powietrzu, czy znika przy pierwszym wietrzeniu.
W skrócie:
5 - 8 mikronów : bardzo lekka mgła, długo się unosi
8 - 12 mikronów : stabilna i przewidywalna
12 - 18 mikronów : najczęstszy zakres w mieszkaniach
18 - 25 mikronów : cięższa, szybciej opada
powyżej 25 : to już bardziej oprysk niż zamgławianie stosowane w dużych obiektach lub na zewnątrz

Najmniejsze mikrony nie robią automatycznie „lepiej”.
Największe nie oznaczają „źle”.
To nie magia. To fizyka i doświadczenie. Trzeba być elastycznym i dopasowywać metodę do środowiska w którym się działa

Do czego dziś używa się metody ULV? Tutaj zakres mamy całkiem szeroki. ULV możecie pocisnąć do:
- Do dezynfekcji pomieszczeń.
- Do ograniczania owadów latających.
- Do neutralizacji zapachów.
- Do obiektów, gdzie oprysk nie ma sensu.
- Jako uzupełnienie, nie cud.

Z tą całą „zimną mgłą” to nie było żadnej filozofii ani wielkiego odkrycia.
Po prostu ktoś w końcu zauważył, że jak się przestanie palić chemię i robić zadymę jak po pożarze, to da się nad tym wszystkim zapanować.

W dymownicach było gorąco, głośno i byle jak. W ULV nagle okazało się, że można ustawić, co leci, jak leci i gdzie leci. I że nie trzeba przy tym robić wrażenia na pół osiedla.

„Zimna mgła” to była nazwa robocza. Bo nie parzy, nie dymi, nie grzeje. Po prostu wisi w powietrzu i robi swoje. Tyle. Resztę dorobił marketing.

Pandemia tylko dolała oliwy do ognia.
Każdy chciał ULV, byle szybko. Sprzęt był, jaki był. Jedne maszyny chodziły latami, inne kończyły żywot po kilku zabiegach. Jak zawsze.
A prawda jest taka, że mikrony mikronami, moc mocą, cena ceną,
ale jak ktoś nie wie, co robi, to i najlepszy ULV zrobi tylko ładną chmurę do zdjęcia.
I tyle całej magii.

Do następnego odcinka!

Howgh

PiąMemtek !
30/01/2026

PiąMemtek !

29/01/2026

Swinguj bejbe!

Screenshotowa środa! Dzisiaj po hasłem "szybko poszło"
28/01/2026

Screenshotowa środa!

Dzisiaj po hasłem "szybko poszło"

Adres

Poznan

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 00:00 - 23:59
Wtorek 00:00 - 23:59
Środa 00:00 - 23:59
Czwartek 00:00 - 23:59
Piątek 00:00 - 23:59
Sobota 00:00 - 23:59

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Pogromcy Szkodników umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Pogromcy Szkodników:

Udostępnij